środa, 30 grudnia 2015

Od Drake CD Alexandry

26.12.2052 rok 
Około godziny 4 rano

Pamiętam ten czas za dobrze, nigdy mu tego nie wybaczę ale on jednak się zmienił. To może i nie możliwe ale on zmienił się o całe 360 procent. Nikolas ten którego tak dobrze znałem, ten któryż tu mnie zaciągnął. Właśnie za to go nienawidzę. Popatrzyłem na niego Czy on musi tak komplikować sprawy ?! Usłyszałem Ashley... mimo iż starała się być cicho (i nawet jej to wychodziło) to ją słyszałem. Czułem że Nikolas też ją słyszy, nasza więź...zawsze czujemy to samo, mimo że tyle nas dzieli to... więcej nas łączy. Nie jestem jego zwolennikiem, nienawidzę go a on mnie wszędzie za sobą ciągnie, jak się rozdzielimy to tylko stajemy się słabi... dobra nie do końca tak jest, nie mogę się okłamywać że aż tak jest źle... NIE TO NIE TAK DZIAŁA !!  To działa tylko kiedy nie widzimy się więcej niż tydzień, nie musimy uścisnąć sobie ręki wystarczy krótkie spojrzenie by "naładować" nas energią która pozwala nam na wiele. Jednak mi to do życia nie było nigdy potrzebne w przeciwieństwie do Nikolasa któremu to ważyło nad życiem. Dziewczyna wyszła z mojej starej sypialni (lubiłem się kiedyś rządzić co przeszkadzało co po niektórym... mam na myśli Drew'a) i spojrzała na Nikolasa, na mnie nie i to dla niej dobrze. Usłyszałem ciche skrzypienie drzwi wyjściowych. Ona chce umrzeć... może i dobrze będzie jeden problem mniej na tym zasranym świecie. Nikolas i jego przekleństwo... co za imbecyl z niego. Wcisnąłem głowę w poduszkę i stłumiłem tym przekleństwo które wyrwało mi się nie raz ale tym razem głośniej i groźniej. Podniosłem głowę a jego ubawione brązowe oczy patrzyły na mnie, i po cichu się nabijały ze mnie. Wiedziałem że nie śpi już wcześniej...
-Czego się parzysz ?! - Nie patrzyłem nigdy na formalności i to nawet kiedy się poznaliśmy, to długa historia która ma dużo krwawych plam.
-Wyszła ? -Wiedziałem że chce dodać jeszcze coś do tego ale przewróciłem oczami, a on wiedział że sam sobie dopowiem resztę.
-Tak... ja nie wiem jak mogliście ją przyjąć... cho*lera przecież ona chce się zabić albo co ? Już nie wspominając że właśnie nas osłabiłeś czy od tego nie są te babki z Fighting Tigress ? Jesteś naprawdę popieprzony. Wiesz że gdybym mógł bym was zostawił ! -To istne piekło nie czuje się tu dobrze zresztą jak zawsze i prawie wszędzie... jedyne miejsce w którym dobrze się czuję to obrzeża lasu, mało osób tam zagląda więc jest spokojnie. Musiałam mu to wygarnąć on naprawdę nie zdaje sobie sprawy z ryzyka tego co może się stać z dziewczyną w naszym gangu. Może i najgorsi nie jesteśmy ale bez przesady też nie opływamy w jakąś wielką sławę. Spojrzałem na Drewa który lekko skrzywił minę co znaczyło że pawie go obudziłem a raczej teraz najlepszym wyjściem by nie było go budzić. Niech Nikolas zajmie się tym idiotą... ja poszukam księżniczki - Pójdę po nią ale wiedz że nie będę jej pilnować - Przygotowałem się do wyjścia i to nie jakoś specjalnie mogłem się przebrać przeczesać włosy itp. ale nie chciałem tracić czasu na takie pierdoły mimo to iż i tak zawsze wyglądam tak samo... Wolnym krokiem ale takim tylko dlatego żeby Niko się na mnie wkurzył poszedłem w stronę frontowych drzwi. Czułem że parzy na mnie i każe mi iść szybciej żebym mu tylko stracił się z oczu... i niemal czuję jak jego wzrok wrzeszczy że porozmawiamy później. Wyszedłem ale nie miałem zamiaru ganiać za dziewczyną więc stanąłem na ganku który wyglądał jakby miał zaraz się zawalić... oparłem się o ścianę z której tynk natychmiast spadł mi na głowę. Kilku ludzi zaczęło mnie denerwować jak po półgodzinie dalej na mnie patrzyli z dziwnymi uśmieszkami ale bali się odejść. Właśnie oderwałem się od ściany i miałem ich lekko postraszyć kiedy Ashley pojawiła się w zasięgu mojego wzroku. Przewróciłem oczami, wiedziałem że teraz będę musiał zrezygnować z ponękania tych dziwnych ludzi.
Cześć! - dziewczyna prawie wskoczyła na ganek który pod jej stopami za skrzypiał a potem pojawiła się w strefie "niebezpiecznego zbliżenia do mojej osoby" przez co odsunąłem się i walnąłem plecami o ścianę. Poczułem zimno ściany i lekki ciężar tynku który znów zaczął mi spadać na głowę. Usłyszałem syknięcie Nikolasa aż tu i to mnie wręcz rozśmieszyło. Lekko drgnąłem i poczułem nowe źródło osoby która mnie obserwuje. Spojrzałem w jej kierunku (brązowe włosy, niebieskie oczy które wydają się aż krzyczeć że nie jest kolejną ćpunką) Wróciłem szubko do Ashley dla której były to sekundy... ("czasami masz tak że czas zatrzymuje się w miejscu a ty możesz spokojnie rozejrzeć się i wybrać dobrą drogę" często tak mam więc dla mnie to nic wielkiego ) Spostrzegłem że mimo wszystko jest blisko... więc wrzasnąłem na nią
- Życie ci nie miłe. -Albo ludzie ją zabiją albo ja ukatrupię własnymi rękami.
- Co? -ona jest naprawdę taką idiotką czy mi się tylko wydaje...
- Po co wyłazisz na ulice damulko?
- Nie jestem żadna damulką. Po za tym umiem o siebie zadbać. - Ha ona ?  Na prawdę ona ? Ledwo co powstrzymałem śmiech. Ta biedna mała duszyczka potrafiła o siebie zadbać aż zrobiło mi się jej żal. Dziewczyna pewnie była przekonana że potrafi o siebie zadbać i dołączyła do nas zamiast do Fighting Tigress to już jest totalna porażka te dziewczyny są naprawdę nie najgorsze widziałem niektórych samotników którym przydałoby się dołączyć do jednego z gangów. Ci ludzie nie mają mózgu we łbie czy co... ale wracając do dziewczyny która chyba miała na imię Ashley to nie pomyślała żeby mnie minąć i pójść do domu, westchnąłem i powoli powiedziałem tak żeby zrozumiała
-Idź do tej - wskazałem na budynek - ruiny domu, tam jest bezpiecznie... chwilowo -odepchnąłem się od ściany i ominąłem ją. Nie miałem zamiaru wracać... chciałem się przejść po za tym muszę znaleźć Jeana. Będzie na skraju...

Ten sam dzień 
Coś koło 10 rano 

Patrzyłem na widok który nigdy nikomu się nie znudzi, całkowicie zniszczone miasto i kilku dosłownie trzy czy cztery osoby szwendające się po nim. Jean.. gdzie on jest ?
-As... mam dla ciebie coś -to był głos Jeana... a As to moje przezwisko które znają tylko dobrzy znajomi... włączając Nikolasa przed którym trudno cokolwiek ukryć.
-Gdzie idziemy tym razem ? -powiedziałem to zanim się obróciłem. Jean to jedyna osoba której mogę wierzyć ale zbyt łatwo mogę go rozszyfrować. -Nie ma z tobą żadnej zabawy Jeanie... nigdy się nie zmieniasz.-Wiedziałem że jak trochę go pod denerwuje to może nawet sobie powalczymy na sztylety. Westchnął i powiedział pełen opanowania
-W przeciwieństwie do ciebie...
-Ty przynajmniej się w spinałeś o własnych siłach i doszedłeś na szczyt a ja... ja nie ja do cholery miałem ułatwienie (które i tak mało mi daje ) a i tak jestem dwa piętra niżej, masz swój bar... handlujesz narkotykami masz wpływy a ja ? Jestem w gangu i to i tak mało ważny jestem tak bo inaczej Nikolas by upadł -koniec zdania powiedziałem tak cicho że sam sobie z tym nie poradziłem... zawsze tak było. Mimo iż to mnie się bano najbardziej to Nikolasa chwaliło i mówiono że u niego jestem ja i do niego lgnę... ale najgorsze jest to iż nie mam jak zarobić na dobrą broń bez pomocy Jeana który zazwyczaj daje mi jakieś zlecenia (nie jest jakiś specjalnie silny ale jako przywódca nie musi być taki ) -Przystanek na dziś to bar ? Rozumiem ? -Jean jak zawsze opanowany tym razem patrzył na mnie z ukosu i tylko lekko pokiwał głową. Był znany z bogactwa ale i dobrej strategi obronnej więc nikt nawet nie próbował go zabić... po za tym jak słyszą że jestem jego znajomym to tylko portkami trzęsą.

~~ Bar "Extermination Time" ~~

Usiadłem na barze i patrzyłem jak Jean (to jego przezwisko) nalewa do kieliszków trochę whisky.
-To dla ciebie -powiedział i podał mi trzy kieszonkowe torebki. Wiedziałem co w nich jest i to za dobrze, a i Roo prosił o przekazanie ci tego... wyciągnął z szuflady sztylet który musiał sporo kosztować -Dlaczego... Roo przecież nigdy mnie nie lubił, o co mu chodzi ? Wziąłem to od niego i pochowałem. sztylet włożyłem do osłonki gdzie miałem miejsce na jeszcze jeden (mam już dwa). A w kieszeni spodni mam pistolet z pełnym kalibrem. Ale koniec rozmyślania nad tym muszę się skupić... przecież Roo nigdy by nic nie dał za darmo.
-Czego Roo chce ode mnie ?

Dalej ten dzień 
Godzina 13:13 (czas wybuchu wojny xD żart) 

Dowiedziałem się tego co chciałem... chyba.  Więc spokojnie wróciłem do domku w którym mieszkałem... co prawda podobno stać jest nas na lepszy dom ale po co już i tak podobno mieszkamy nie najgorzej. Dla mnie to jest porażka bo wychowałem się w nijakiej rodzinie (rodzinie nazywanej tytułem upadłych królów) która była hmm... bardziej przyzwyczajona do luksusów. Kiedy zobaczyłem mój stary budynek mieszkalny aż żołądek skręcił mi się. Nie była to totalna ruina... w przeciwieństwie całego miasta to właśnie ten budynek miał pozostać aby wszyscy widzieli wielką klęskę mojego rodu. Roo, Jean, Gin, An i ja jesteśmy prawdo podobnie ostatni z rodu szlacheckiego ale jakoś nad tym nie ubolewam za specjalnie... tylko dziękuję dziadkowie że nauczył mnie walczyć tak dobrze jak tylko się da. Nikolas w mojej przeszłości grał ważną osobę bo...  zobaczyłem Roo krzątającego się za jednym z okien... czy to możliwe że on posiadł ten teren bez żadnych
ograniczeń ? Słyszałem że ma swój gang który jest w najlepszej trójce czy coś takiego ale bez przesady... Spostrzegł mnie szybciej niż mogłem się spodziewać. Jego wyraz twarzy najpierw lekko złagodniał ale potem przybrał dziwną maskę i skierował się ku wyjściu. Zanim zdążyłem odskoczyć koło mnie przeleciał miecz który miał mnie co prawda tylko wystraszyć
-Chris... Cholera jasna nie strasz go !! To mój... znajomy -jego głos prawie chciał się wydać ale nie możemy ryzykować że wyda się nasze pochodzenie tylko sześć osób wie kim jestem i tylko oni mogą to wiedzieć. Skinąłem głową i westchnąłem. Roo podszedł do mnie i szepnął
-Słyszałem niemiłe wieści od Jeana... Ann chce cię widzieć jest trochę roztrzęsiona po tym jak zabito na jej oczach koło dwudziestu jej sprzymierzeńców... za to Gin'a nie widziałem... mówią że żyje dość dobrze
-Lepiej od ciebie chyba żadne z nas się nie ma -powiedziałem żałośnie Roo to mój starszy brat ale nie jest pierworodny... matka zdradziła ojca i skończyło się jak skończyło. -Spotkajmy się za osiem dni w Dann Lokki Death... ta dzielnica jest przez nikogo nie zamieszkała tylko z powodu ni jakiego dziwnego bez urazu wszyscy myślą że to nie jest przypadek i mieszka tam jakiś mag... brednie. A tak przy okazji dzięki za sztylet wygląda niesamowicie...
-Tia nie ma za co... mam kilku rzemieślników i wykuli mi sześć egzemplarzy
-Po co sześć ?
-Niko dostanie ale jemu muszę dać go osobiście
-Dobra nie będę się wtrącał w wasze sprawy już i tak muszę się z nim szwendać
-Do zobaczenia w DLD
-Pa... -przybrałem swój uśmiech który wygląda na milusieńki ale kryje się za nim mój charakter le a arogant i cham... muszę dotrzeć do domu zanim Drew i Nikolas wyjdą przecież Dama (księżniczka focha i nędzy ) sobie nie poradzi sama... jeszcze rozwali nam tę nędzną chatę. Wyszedłem na naszą ulicę... było jak zawsze cicho i jeden z moich ukochanych dwóch ćpunów. Wyciągnąłem papierosa który był "wyższą formą luksusu" dla wszystkich ale jak dla mnie to to żaden luksus ani drogie ani dobre... zapaliłem i jak najbliżej niego przeszedłem... prawie na niego chuchnąłem. Chciałem go zaczepić chciałem powalczyć ale nie dziś, niestety muszę dziś przemyśleć kilka spraw rodzinnych. Zrobiłem mu ochoty i prawie na mnie skoczył gdyby nie to że nawet na nogach nie ustał. Wszedłem na ganek i szybko wszedłem do domku.

Dzień bez zmiany 
Godzina 18:10 (ciemno wszędzie, głucho wszędzie co to będzie.. )

-Pa pa Niko życzę abyś umarł -powiedziałem z swoim naturalnym uśmiechem. Niko wybuchnął śmiechem... jak zawsze. Spojrzałem na Ashley która coś szkicowała na ostatku kratki. Po godzinie praktycznie nic nie robienia usłyszałem łoskot za drzwiami ale to nie był wiatr to był człowiek. Najpierw dałem popatrzeć mu przez okno ale potem powiedziałem Ashley co ma robić (bo biedactwo samo się nie skapnie). Bezgłośnie wyszedłem kiedy ona.. .dziewczyna która już rano widziałem patrzyła na wyposażenie domu. Zablokowałem ją ale ona zaczęła walczyć... tak ona nie jest pod rzędnym ćpunem. Po kilku dosłownie minutach przywarła głową do betonu i przestała walczyć... ona się ani nie zmęczyła anie nie poddała... ona chce się o nas czegoś dowiedzieć... czyżby była z... "bledding Rose" ? Te imbecyle, małpy... znów starają się nas dopaść a już myślałem że ten debil się poddał. Zacząłem od mojego bardzo, bardzo miłego tonu w stylu nie dam Ci mnie okłamać...
- Kim jesteś i czego chcesz? - Żeby nie było że ją rozszyfrowałem to musiałem to powiedzieć... lekko poluźniłem z nadzieją że może jednak kogoś będę mógł dziś pobić... ale ona nic. Jej oczy lekko się rozszerzyły i prawie wyglądała jakby się naćpała innych by może oszukała ale nie mnie.
- Potrzebuję działki.- Wybuchłem śmiechem który powiedział jej wprost że ta wymówka jest słaba
-A więc B-R nic się nie zmieniło... dziwne tylko że nie jesteś szczupłą blondyneczką -Na zewnątrz wyskoczyła Ashley... z czymś w stylu sztyletu.
-Czego chcesz... się dowiedzieć... ? Dowiedź się od tego twojego "przywódcy" albo innych gangów ale do nas się nie zbliżaj... nie pochlebiam kobiet z burdeli -uśmiechnąłem się lekko po czym powiedziałem ostro - czego chce od nas... ten idiota i dlaczego sam nie przyjdzie ? -cisz... ciekawa istota ale naprawdę wkurzająca. Wyciągnąłem sztylet i zamachałem się na nią nim. - Jak czegoś nie przyniesiesz albo się nie dowiesz masz karę śmiertelną od niego ? Jeśli tak to ja już mogę cię z chęcią zabić.... albo nie wolę walczyć albo chodziarz trochę poznęcać się nad swoją ofiarą.... pewnie coś o mnie słyszałaś... łatwo mnie oszukać jest trudno... wiesz widziałem cię -powiedziałem i usiadłem na niej tak żeby nie podniosła się wydała z siebie lekki syk. - Rano przyglądałaś się a ja uchwyciłem twoje spojrzenie... -przejechałem sztyletem po jej plecach, dziewczyna wiedziała że jak się ruszy to będę agresywniejszy a jak będzie tak leżała to przestanę bo mnie to nudzi, wydaje się mieć szczątki rozumu przeciwnie co do Ashley -powiedź coś alb zapytaj może ci odpowiem... a jakby co to nie nie będę chodzić z tobą i nie nie dołączę do waszego burdelu


Alex ?

(mam nadzieję że nie przesadziłam... ale jakoś tak mi poszło pisanie a i moja postać jest dość wredna i chamska więc nie siekajcie się o to że wszystkich wyzywam )

Od Alexandry CD Michael'a

Zmierzyłam chłopaka wzrokiem.
- Czego oczekujesz w zamian za ten sponsoring?
Poczułam, jak mimowolnie zmrużyłam oczy ze złości. Co on sobie wyobrażał?! Nie dość, że ośmielił się zniszczyć mi cennego papierosa, to jeszcze oczekiwał, że wpadnę mu w ramiona jak pierwsza lepsza dziwka! Naprawdę, wiele w życiu widziałam, ale do tej chwili miałam szczęście omijać ludzi tak aroganckich!
Mike uniósł kącik ust w uśmiechu, który do złudzenia przypominał ten, jaki przedstawia uliczny złodziejaszek zanim zwędzi ci torebkę.
- Tylko trochę towarzystwa, jestem taki samotny.
Ironia w jego głosie wywoływała nieprzyjemne skurcze w moim brzuchu. Wiem, że nie powinnam była ulegać uniesieniu, jednak mnie sprowokował. Zacisnęłam pieści, czując, że coraz słabiej nad sobą panuję.
- Towarzystwa jakiego rodzaju?
Teraz naprawdę się roześmiał, co wprawiło mnie w osłupienie. Dźwięk był czysty, delikatny... Ulotny. Nie byłam pewna, czy nie była to zapowiedź sztormu.
- Kawa, herbata...
- ...w twoim salonie, na kanapie i półnago, jak rozumiem?
Tym razem jego uśmiech nie miał w sobie nic przyjemnego.
- Preferuję całkowitą nagość.
Czyli jednak. Głodny lew i kulawa gazela.
- Nie, podziękuję. Jeśli masz ochotę na tego typu gierki, to zapraszam do któregoś z burdeli. Niemało ich w okolicy. - Nie dodałam, że większość z tych dziewcząt (a często też chłopców) była nieletnia oraz zmuszana do prostytucji, chociaż bardzo chciałam to zrobić. Ludzi takich jak Mike nie obchodził los młodych samotników, którzy najczęściej właśnie tak kończyli. Odwróciłam się tylko na pięcie i odeszłam, nie racząc go nawet spojrzeniem.
Jednak po kilku krokach usłyszałam chrzęst żwiru pod czyimiś ciężkimi butami, które bynajmniej nie należały do mnie. Zamarłam, gdy na ramię opadła mi duża dłoń. 

<Mike?>

piątek, 25 grudnia 2015

Od Alexandry

Z objęć Morfeusza wyrwał mnie głośny trzask.
Gwałtownie usiadłam, rozglądając się po moim niedużym pokoju. W mroku dostrzegłam jedynie kontury mebli, jednak wszystko było we względnym porządku.
Ponownie usłyszałam ten dźwięk i bez problemu go zlokalizowałam. Dobiegał z piwnic.
Wzdrygnęłam się, gdyż podziemia były miejscem, które szczerze nienawidziłam w naszym ogromnym, starym magazynie. Budynek z zewnątrz faktycznie wyglądał jak fabryka na skraju bankructwa, jednak od środka przypominał luksusowy burdel. W sumie... Patrząc na panienki Jasona można było nawet stwierdzić, iż był to istny dom publiczny.
Wstałam z łóżka i, stąpając cicho po podziurawionym dywanie, sięgnęłam po ubranie oraz pistolet. Tak na wszelki wypadek. Wychodząc z pomieszczenia należącego nieoficjalnie do mnie, które przypominało składzik na niepotrzebne rupiecie (wciąż od czasu do czasu znajdowałam tam zdechłe szczury), mogłam się tylko skrzywić. Metalowe drzwi jęknęły przeraźliwie, zupełnie jakby chciały poinformować cały wszechświat o mojej obecności. Walenie ustało, intruz najprawdopodobniej wstrzymywał oddech, nasłuchiwał. Zdziwiłam się, że Jason jeszcze nie wyleciał ze swoich apartamentów z karabinem w dłoni. Chociaż... Zapewne był zbyt zajęty jakąś swoją nową "koleżanką", żeby chociaż zwrócić uwagę na hałas. 
Z zamyślenia wyrwał mnie odgłos czyichś odległych kroków na schodach. Szybko sprawdziłam zawartość magazynku- był pełny- i wyjrzałam za barierkę. Wroga jeszcze nie było w zasięgu wzroku, więc wystawiłam nogi za balustradę i skoczyłam w ciemną otchłań, mając nadzieję, że skorzystam na czasie. Siła upadku z drugiego piętra rzuciła mnie na kolana, jednak przeturlałam się po zimnej, metalowej klatce schodowej, nie zważając na oślepiający ból w kostce i głośne chrupnięcie, które się z nim wydobyło. Z cichym stęknięciem uklękłam, strzelając w jedną z migających na czerwono lamp awaryjnych.
Rozległ się dudniący alarm, szkło poleciało na wszystkie strony, a tęgi mężczyzna padł płasko na ziemię, chroniąc głowę. Po chwili gwałtownie się podniósł i napotkał widok mojej lufy wymierzonej prosto między jego oczy.
- Co.. Ty.. Robisz?!
Jason. 
No to miałam przesrane. 
Ignorując ostry ból w kostce oraz wściekły ton mężczyzny wstałam, otrzepałam kolana i założyłam ręce, robiąc minę niewiniątka.
- Nie przyszło ci do głowy, że warto byłoby poinformować mnie o twoich nocnych przygodach, by uniknąć takich nieporozumień? Myślałam, że jesteś intruzem.
Starałam się mówić spokojnie i dawać wrażenie uległej, chociaż w środku byłam rozgrzana do czerwoności, wściekła. Jak można być tak bezmyślnym!
Jason podszedł do mnie miarowym, zdecydowanym krokiem i ujął moje ramię. Ten gest nie należał do przyjacielskich ani pojednawczych. Przez dwa lata zdążyłam się do niego przyzwyczaić, zawsze zwiastował to samo.
Kłopoty.
- Mam dla ciebie zadanie, Alex.
Jego drapieżny uśmiech przyprawiał mnie o ciarki.

~*~

Poranek był chłodny i wietrzny, słońce świeciło nisko nad horyzontem, jeszcze zaspane. Szłam naburmuszona przez coś, co kiedyś musiało być naprawdę przyzwoitym osiedlem mieszkaniowym, lecz teraz przypominało plac zabaw dla olbrzymów; sterty gruzu i wielkich kawałków betonu na wyschniętych trawnikach, zgniecione dachy domów, wielkie dziury w ulicy, wypełnione jakąś czarną mazią. Naprawdę nie chciałam wiedzieć, co to takiego mogło być.
Wiatr swobodnie przemykał pomiędzy dziurami mojej skórzanej kurtki, pod którą ukryłam kilka szeleszczących torebeczek foliowych. Nikt z miejscowych ćpunów nie zwrócił na mnie uwagi. Na szczęście. Naprawdę nie miałam ochoty na niepotrzebne awantury ani na wylądowanie ze scyzorykiem wbitym w brzuch. Jasne, miałam opylić towar, jednak zdecydowanie bardziej wolałam to zrobić po wypełnieniu pierwotnej misji- dowiedzeniu się czegoś o Crying Moon. Nie wiedziałam nawet po co. Gang o takiej nazwie nie mógł być realnym zagrożeniem.
Przynajmniej nie dla mnie.
W końcu namierzyłam mój cel- nieduży domek, pozornie niewyróżniający się z tłumu innych ruin. Jednak na ganku kręciło się dwoje młodych ludzi. Pierwszego z nim rozpoznałam bez problemu, był to Drake, chłopak, do którego lepiej było się nie zbliżać, jeśli nie miało się pod ręką scyzoryka, pistoletu... W sumie czołgu. Drugą osobą była ciemnowłosa dziewczyna.. Domyśliłam się, że to ich nowa śliczna gwiazdeczka, o której wspominał Jason. Ashley Jakaśtam.
Ciemnowłosa była rozbawiona, a może roztrzęsiona, sama nie wiedziałam. Z tej odległości niewiele było widać. Natomiast Drake wyglądał tak, jakby starał się nie rozszarpać dziewczyny gołymi rękami. Nic nowego. Po chwili jednak minął ją i zaniknął w jednej z ciasnych uliczek. 
Westchnęłam ciężko. "To będzie długi dzień".

~*~

Po kilku godzinach bezczynnego siedzenia i wypaleniu dwóch paczek papierosów tyłek miałam tak zdrętwiały, że w ogóle go nie czułam. Westchnęłam, rozzłoszczona. "Dlaczego tutaj nic się nie dzieje?!"
Jednak chwilę później z budynku wyszło dwóch mężczyzn. Nie mogłam ich zidentyfikować w panującym półmroku, jednak po dumnej postawie stwierdziłam, że to ważne szychy. Miałam ochotę się zaśmiać. Jacy idioci zostawiali w swojej siedzibie tylko Śliczną Gwiazdeczkę i Obrażonego Na Świat Mopsa? Ba, żeby było zabawniej- nawet nie zwrócili na mnie uwagi, przechodząc niedaleko. Litości. Jason chyba naprawdę chciał mnie ukarać, wysyłając na tak nudną misję.
Wyszłam zza narożnika i naciągnęłam głębiej kaptur. W jednym z okien odbijał się blask świecy, a twarz Drake'a widziałam nawet z tej odległości, chociaż obraz trochę zniekształcały mi firanki. Podeszłam bliżej, gdyż brunet wyraźnie skupił się na postaci, która wypłynęła z wnętrza domu. Chyba rozmawiali, jednak... Moją uwagę przykuła książka leżąca na stoliku do kawy i paczka miętowych papierosów. Skoro stać było ich na takie przysmaki, to musieli być albo nieźle dziani, albo komuś to zwinęli. Tę drugą opcję skreśliłam. Jeśli faktycznie buchnęliby coś ważniejszemu gangowi, byłoby po nich. Spojrzałam na ich kominek- buchał z niego jasny, radosny płomień. Skierowałam wzrok na Ashley, która była w cienkiej bluzce, więc musiało być jej ciepło. Co oznaczało, że naprawdę mieli kasę. Tylko dlaczego bogaty gang miałby mieszkać w takiej ruinie...? I jak uzbieraliby tyle tego wszystkiego, skoro, z wiadomości, które otrzymałam, liczyli sobie niewielu członków...?
Coś mi tu nie grało. Nie w całokształcie tej bandy psów, chociaż owszem, to było niepokojące, ale w tej jednej chwili. Wróciłam wzrokiem do Ashley i nagle mnie olśniło- dziewczyna stała sama, z naburmuszoną miną wpatrując się w ogień. To oznaczało, że Drake...
Coś mocno chwyciło mnie za gardło, totalnie wytrącając z równowagi. W pierwszej chwili, w szoku, próbowałam nabrać powietrza przez posiniałe wargi i drapałam dłonie mojego napastnika. Bezcelowo. Był dwa razy większy i silniejszy. Jednak po kilku przerażających sekundach wiedziałam już, co robić. 
Przestałam walczyć.
- Kim jesteś i czego chcesz? - Przycisnął mój policzek do zimnego betonu, jego głos zasyczał tuż przy moim uchu. Lekko rozluźnił uścisk.
Przybrałam opanowaną do perfekcji minę typowego ćpuna i wyszeptałam, jakbym była najbardziej niewinną istotą na świecie;
- Potrzebuję działki.
W myślach przeklinałam swoją nierozwagę.

<Drake? A może Ashley?>

Od Michaela CD Alexandra

Obudziłem się dość późno nawet jak na mnie. Wyjrzałem przez okno, niebo było szare, po ulicach krzątali się ludzie z papierosami lub alkoholem. Ubrałem się i wyszedłem na zewnątrz, powietrze pachniało spalinami. Kaszlnąłem kilka razy kiedy dostało mi się do płuc. Przez krótka chwilę myślałem nad tym czy przejechać się motorem, czy wybrać spacer. Ostatecznie poszedłem pieszo. Chodziłem po zniszczonych ulicach i starałem się przypomnieć jak wyglądały budynki przed wojną. Jednak nic nie przychodziło mi do głowy. Nagle poczułem zapach tytoni. Na samą myśl o papierosach robiło mi się nie dobrze. Po chwili zobaczyłem paląca dziewczynę, która wydychała z ust szary, brudny dym. Podszedłem do niej, a nie znajoma popatrzyła się na mnie pytająco. Wytrąciłem papieros z ręki dziewczyny i butem wdeptałem go w ziemie.
- Co ty robisz?! - powiedziała wściekła, choć widać było że próbuje być opanowana. Po czym wyjęła następnego szluga. 
- Skoro tak lubisz palić, to czemu zadowalasz się najtańszymi papierochami? - spytałem.
- Nie wszystkich stać na leprze. - mruknęła.
- Ale mnie tak. - powiedziałem. Nie znajoma znowu popatrzyła się na mnie pytająco.
- Jestem Mike. - przedstawiłem się.
- Alex. - odparła cicho.
- Za sponsorować ci droższe? - uśmiechnąłem się. Dziewczyna wzruszyła ramionami.

<Alexandra?>

poniedziałek, 21 grudnia 2015

Od Caroline CD Rayan'a

Założyłam ręce na biodra, w jednej trzymając kurczowo swoje narzędzie i z przymrużonymi oczami spoglądałam na chłopaka, który w spokoju palił papierosa. Po chwili podniósł głowę, chowając zapalniczkę do kieszeni i wypuścił dym. Kąciki moich ust podniosły się w złośliwym uśmiechu.
-Mnie w niczym, ale przecież dziś rak płuc to normalna choroba- odwróciłam wzrok w kierunku dokąd uciekł chłopak.
Usłyszałam ciche parsknięcie ze strony rozbawionego towarzysza.
-Się grzeczna znalazła, a chłopcu to nożem groziła, bo jej zwinął klucz francuski- pokręcił głową i zrobił to samo co ja, odwracając się w przeciwną stronę.
-No tak, przecież zawsze mogę ukraść kolejny. Idź może komuś sprzedaj działkę, zarób coś, przyjdź się napić i idź spać. Taka rada na życie- odezwałam się, patrząc w niebo.
Nadchodziły ciemne chmury, zapowiadające kolejną śmiercionośną dla roślin ulewę kwaśnego deszczu. Pojawił się zimny wiatr, wiejący od zachodu. Chłodny, ale przyjemny.
Pies Rayan`a znów zaczął szczekać na nie wiadomo co, lecz ton był raczej ostrzegający. Odwróciłam głowę w stronę skąd dochodził odgłos. Chłopak nadal stał w tym samym miejscu, nie ruszając się z niego, lecz z czujnym okiem spoglądał przed siebie. W końcu z jego gardła wydobył się chrapliwy dźwięk.
-Idź za budynek- momentalnie jego sylwetka przemknęła obok mnie i zniknęła w cieniu. Pies razem z nim.
Obejrzałam się za siebie i zakładając kaptur na głowę, o dziwo robiłam to co polecił mężczyzną.

Rayan?
Brak ogólnego pomysłu.

"Żyj dziś bo wczoraj nie wróci, a jutro może nie nadejść"

Imię nazwisko| Michael Hands
Pseudonim| Mike
Motto| Twoje życie to twój syf, nikt nie ogarnie go za ciebie
Reputacja| 
Data urodzenia| 16.01.2031r (21 lat) 
Głos| Ed Sheeran 
Gang| samotnik 
Charakter| Mike ma twardy, zimny charakter. Nienawidzi rozkazów i poleceń, jest bezlitosny, zabija bez zastanowienia. Najważniejsza dla niego jest wolność, żadnych ograniczeń, przeszkód. Jest zadufanym w sobie, aroganckim luzakiem. Myśli że wszystko mu wolno, nie ma szacunku do nikogo bez względu na wiek, zachowanie, płeć. Zarabia masę kasy sprzedając koks, choć tak naprawdę nie robi z nią nic prócz palenia w kominku. Życie nauczyło go że nikomu nie można ufać i należy polegać tylko na sobie. Jest oszustem i grzesznikiem, umie wykorzystać każdego, cwany i przebiegły jak lis. Jest odważny do tego stopnia że raczej ludzie nazywają to głupota. Zaczepia wszystkich na ulicy, a bójki z nim nigdy nie kończą się remisem. Kiedy chodzi po mieście, ulice są bardziej puste i ciche niż zwykle.
Aparacie |
Wzrost: 180 cm
Waga: 72 kg
Budowa: wysportowany
Włosy: brązowe 
Oczy: piwne
Znaki szczególne: blizny na brzuchu, plecach i ramionach
Orientacja| hetero
Partner| woli wykorzystywać dziewczyny, niż być z jakąś w związku
Historia| Jego matka zmarła przy narodzinach, a ojciec John był alkoholikiem. Wielokrotnie chłopak był przez niego bity, więc dzieciństwo miał ciężkie. Wielokrotnie chciał się zabić, okaleczał, palił papierosy. W końcu koks wykończył jego ojca co było dla chłopaka zbawieniem. Natychmiast skończył z każdym uzależnieniem, zaczął nowe życie. John piał w piwnicy spory zapas koksu. Trudno było nie z korzystać i Mike został dilerem. Krzątał się przez wiele lat po ulicach, uśmiercając uzależnionych ludzi, ale czemu miał się tym przejmować, był bogaty i wolny. Michael prowadził luźne życie, bez zasad. Gwałty, kradzieże, zabójstwa. To właśnie jest jego życie.
Uzależnienia| brak
Inne| 
- jest dilerem, choć sam nigdy nie ćpał
- jak był dzieckiem palił papierosy i się ciął
- ma na sumieniu kilkadziesiąt ludzi
- jeździ na motorze, jeden nawet ma
Inne zdjęcia| -
Autor| serasi (howrse)

sobota, 19 grudnia 2015

"Inni to bliscy zamknięci w cudzysłowie obcych imion."

Effy by MariannaInsomnia
Imię nazwisko| Alexandra Collins
Pseudonim| Powszechnie Alex. Nie stroi fochów, kiedy ludzie zwracają się do niej w ten sposób, gdyż rozumie, że ciągłe powtarzanie jej pełnego imienia może być męczące.
Motto| "Maski się zmieniają, ale twarze pod maskami pozostają te same."
Reputacja| 
Data urodzenia| 14.03.2033r. (19 lat)
Gang| Bleeding Rose. Dołączyła do niego głownie dlatego, iż nie jest głupia i wie, że na własną rękę długo by nie pociągnęła. A skoro Jason nie ma żadnych wygórowanych wymagań co do swoich "podopiecznych", to... Grzechem byłoby nie skorzystać.
Charakter| Alex to typowa, cicha obserwatorka. Chowa się w cieniu tłumu, pozwala, by jej postać zlała się z setkami amerykańskich ćpunów. Sama nigdy nie próbowała niczego poza papierosami i alkoholem. Ma nadzieję, że tak już pozostanie, bardzo boi uzależnić się od czegokolwiek, chociaż nieświadomie od dawna jest w nałogu. Stara się jak może ukrywać tamę uczuć, która od lat w niej szaleje, prosząc, by dać jej upust. Alexandra tonuje ten drugi świat wspomnień, gasi jego nieustający pożar. Czasami jednak drobne płomyki uciekają spod kontroli na powierzchnię, ukazując się w zagryzaniu warg, nawijaniu kosmyków włosów na palec, podejrzliwym zmrużeniem oczu, czy drganiem lewej powieki, gdy dziewczyna kłamie. Jeśli już przy tym jesteśmy- Alex jest największą i najbardziej przekonującą kłamczuchą na świecie, a przynajmniej ona tak uważa (ma paskudny zwyczaj przypisywania sobie wszystkiego, co najgorsze, niestety). Wprowadza nieprawdę w swoje wypowiedzi tak często, że czasami sama ma problem z odróżnieniem prawdy od kłamstwa. Zmaga się z depresją. Już dawno przestała sobie radzić sama ze sobą. Czasami chciałaby zrobić te dwa kroki ku wolności, puścić się parapetu i polecieć w nieznane, jednak wie, że za to, by ona mogła żyć, swoje istnienie oddały miliony. Smutna prawda jest rownież taka, że boi się śmierci. Nie wierzy w życie pozaziemskie, dlatego kurczowo trzyma się tego okruchu nieśmiertelności, który został jej podarowany. Nie dopuszcza do siebie myśli, że kiedy zamknie oczy, mogłaby nastąpić zupełna, gęsta i lepka od ludzkich krzyków, ciemność. Zdaje sobie sprawę, że o wiele łatwiej byłoby podkraść trochę towaru i odpłynąć w zapomnienie, gdzieś, gdzie nie ma żywych trupów chodzących po ulicach, ale... Przecież jeśli zaczęłaby ćpać, to upodobniłaby się do tych zmór. Nazwij ją tchórzem, obydwoje będziemy wiedzieć, że masz rację. Boi się śmierci, a nawet utraty kontaktu z rzeczywistością, dlatego nigdy nie podchodzi do krawędzi życia, nie próbuje zmienić swojej sytuacji. Nie myl jej pochopnych decyzji i czynów z odwagą, prędzej nazwałabym to głupotą, jednak, biorąc pod uwagę, że Alex to bardzo inteligentna osoba, można to nazwać tylko w jeden sposób; prowadzenie do autodestrukcji. Nienawidzi w sobie wszystkiego; wyglądu, charakteru, przeszłości i cienkich blizn, które jej o niej przypominają. Jak większość cierpiących duszyczek jest romantyczką, a jej sentymentalność wydaje się być przy tym wyjątkowo uciążliwa. Gromadzi wszystkie książki, zeszyty, świece zapachowe, biżuterię i nuty, jakie tylko wpadną w ręce, a to i tak dopiero początek jej długiej listy skarbów. Ma słabą pamięć, więc swoje wspomnienia kolekcjonuje w postaci zdjęć i wpisów do licznych pamiętników. Nie znosi zwierząt. To nie dlatego, że uważa je za obrzydliwe, małe demony, skąd. Chodzi raczej o to, iż w jej mniemaniu zabierają cenną dla człowieka żywność. Zapomina, że to przecież one są głównym źrodłem pożywienia. Ich również się boi, jednak co to tego ma uzasadnione powody; nieraz już się zdarzyło, że wygłodzony pies pożarł żywcem swojego pana. Instynkt przetrwania jest u niej bardzo silny. Ta cicha, pozornie spokojna istotka lgnie do każdego, przy którym czuje się choć odrobinę chroniona, bezpieczna. Jednak zanim okaże komuś pełnię zaufania może minąć sporo czasu. Jest cierpliwa, lubi powtarzać, że nigdzie jej się nie spieszy. Pozwoliła, by społeczeństwo ukształtowało z niej swojego żołnierza. Szkoda tylko, że kiedy rozdawano odwagę, ona stała w kolejce po wrażliwość.
Aparacje|
Wzrost: 162cm
Waga: 56kg
Budowa: Dziewczyna słabą psychikę wyraźnie nadrabia fizycznością, pomimo tego, iż jest dosyć drobna. Jej ciało składa się głównie ze szczupłych mięśni, których widać tylko delikatne zarysy. Najsilniejsze są u niej nogi; efekt życia w ciągłej ucieczce. Kości obojczykowe, miednicze, łopatki, a nawet nadgarstki, wyraźnie u niej odstają. Kobiecości Alex są niespecjalnie mocno zarysowane, jeśli nie liczyć sporych, zgrabnych wcięć w talii. Brzuch ma płaski, postawę prostą, choć czasami garbi się pod ciężarem swoich myśli.
Włosy: Brązowe, długie, niesforne. Kręcą się wściekle i wyginają w każdą możliwą stronę. Istna burza. Proszę, nie pytaj, co się dzieje, kiedy jest wilgotno. To upokarzające. Alex często związuje te kłaki w niedbały koczek, jednak niektóre kosmyki żyją własnym życiem i opadają przed uszami dziewczyny, nadając jej wygląd baletnicy.
Oczy: Koloru chmur burzowych, a może odległej głębi oceanu, kształtu zapożyczonego od ulicznych kociaków. Zawsze niedbale otoczone rozmazanym makijażem. Magnetyzujące.
Znaki szczególne: Tatuaż na karku;
"But I'm only human
And I bleed when I fall down."
Dłonie pianistki, blada cera, liczna biżuteria zawieszona na delikatnym ciele.
Orientacja| Hetero
Partner| Wychodzi z założenia, że osoba, która nie kocha siebie, nie ma wystarczająco miłości, by obdarować nią kogoś innego.
Historia| "Byłam sama odkąd pamiętam. Gdzieś na obrzeżach świadomości dryfuje jeszcze obraz sprzed wielu, wielu lat; brązowowłosy mężczyzna z blizną przecinającą policzek, zaciętym wyrazem twarzy, szorstkimi od ciężkiej pracy dłońmi. Nadzieja, że jednak wróci, kiedy zostawił mnie w samej piżamie przed budynkiem Sierocińca im. Krzysztofa Kolumba i odszedł. Czteroletnia wersja mnie patrzyła wtedy w ślad za nim z uśmiechem na małych usteczkach, będąc przekonana, że on przyjdzie, że to tylko zabawa, bo przecież by jej nie zostawił. Nie swojej ukochanej córeczki.
Mijały jednak dni, tygodnie, lata. Codziennie podbiegłam do okna, by przywitać tatusia, który nigdy się nie zjawił. Poparzona przez wrzątek, w którym kąpały nas opiekunki, skóra odbudowywała się na nowo, włosy, obcięte przez rzekomą wszawicę, odrastały. Nigdy nie przyszedł.
W dziesiąte urodziny, siedząc samotnie na parapecie, zaczęłam się zastanawiać, po co właściwie to robię. Zapewne po to, by przekonać samą siebie, że on jednak kocha. Że to tylko zły sen, musiał wyjechać do pracy, spędzić trochę czasu wolnego beze mnie, cokolwiek, by tylko pamiętał. Pamiętał o bezbronnym dziecku, którego serduszko wciąż wybijało rytm zgodny z jego pulsem. Rozpaczliwie szukałam odpowiedzi na to, po co karmię się tą beznadziejną nadzieją. Wiedziałam przecież, że gdyby mnie kochał, toby mnie nie oddał. 
Tak właśnie zapuściła we mnie korzenie zgniła pani o oczach tak pięknych i uwodzicielskich, ciemnych jak dwa czarne onyksy. Wdarła się po cichu przez otwarte okienko zwątpienia i usiadła na biurku, na którym kreśliłam swoje przyszłościowe plany. Zaczęła snuć tak piękne opowieści, o sprawiedliwych krainach, umiejętności lotu, bezkresnego morza uwolnionego od problemów.
Opowiadała o śmierci.
Witaj, depresjo." ~ Kartka z pamiętnika Alexandry.
Uzależnienia| Pospolita pospolitość- papierosy. Nie mogłaby bez nich żyć, bez tego chwilowego odprężenia, które daje każdy wdech dymu tytoniowego. A kiedy ono mija, to, no cóż... Otwiera kolejną paczkę. Najbardziej lubi miętowe, jednak z racji tego, iż są trudno dostępne i bardzo drogie, nawet nie próbuje prosić o nie Jasona (chociaż doskonale zdaje sobie sprawę, że jego byłoby na to stać). Poza tym jest uzależniona od wysiłku fizycznego; odczuwa realny ból, gdy musi siedzieć w miejscu. Tak przynajmniej uważa. Czyżby to było kolejne z jej kłamstewek...? Właśnie, czy notoryczne kłamanie można uznać za uzależnienie?
Inne| Sprzedaje dragi dla Jasona. Nienawidzi tego, lecz co miała zrobić; dopóki ona wykonuje jego zadania, on ją utrzymuje i nie zmusza do rzeczy, których za nic by nie zrobiła. Tak więc musiała przełknąć dumę i zająć się wpędzaniem ludzi w nałogi, skazując ich na powolną, bolesną śmierć.
Inne zdjęcia| --
Autor| Lilly S. Dally