Z objęć Morfeusza wyrwał mnie głośny trzask.
Gwałtownie usiadłam, rozglądając się po moim niedużym pokoju. W mroku dostrzegłam jedynie kontury mebli, jednak wszystko było we względnym porządku.
Ponownie usłyszałam ten dźwięk i bez problemu go zlokalizowałam. Dobiegał z piwnic.
Wzdrygnęłam się, gdyż podziemia były miejscem, które szczerze nienawidziłam w naszym ogromnym, starym magazynie. Budynek z zewnątrz faktycznie wyglądał jak fabryka na skraju bankructwa, jednak od środka przypominał luksusowy burdel. W sumie... Patrząc na panienki Jasona można było nawet stwierdzić, iż był to istny dom publiczny.
Wstałam z łóżka i, stąpając cicho po podziurawionym dywanie, sięgnęłam po ubranie oraz pistolet. Tak na wszelki wypadek. Wychodząc z pomieszczenia należącego nieoficjalnie do mnie, które przypominało składzik na niepotrzebne rupiecie (wciąż od czasu do czasu znajdowałam tam zdechłe szczury), mogłam się tylko skrzywić. Metalowe drzwi jęknęły przeraźliwie, zupełnie jakby chciały poinformować cały wszechświat o mojej obecności. Walenie ustało, intruz najprawdopodobniej wstrzymywał oddech, nasłuchiwał. Zdziwiłam się, że Jason jeszcze nie wyleciał ze swoich apartamentów z karabinem w dłoni. Chociaż... Zapewne był zbyt zajęty jakąś swoją nową "koleżanką", żeby chociaż zwrócić uwagę na hałas.
Z zamyślenia wyrwał mnie odgłos czyichś odległych kroków na schodach. Szybko sprawdziłam zawartość magazynku- był pełny- i wyjrzałam za barierkę. Wroga jeszcze nie było w zasięgu wzroku, więc wystawiłam nogi za balustradę i skoczyłam w ciemną otchłań, mając nadzieję, że skorzystam na czasie. Siła upadku z drugiego piętra rzuciła mnie na kolana, jednak przeturlałam się po zimnej, metalowej klatce schodowej, nie zważając na oślepiający ból w kostce i głośne chrupnięcie, które się z nim wydobyło. Z cichym stęknięciem uklękłam, strzelając w jedną z migających na czerwono lamp awaryjnych.
Rozległ się dudniący alarm, szkło poleciało na wszystkie strony, a tęgi mężczyzna padł płasko na ziemię, chroniąc głowę. Po chwili gwałtownie się podniósł i napotkał widok mojej lufy wymierzonej prosto między jego oczy.
- Co.. Ty.. Robisz?!
Jason.
No to miałam przesrane.
Ignorując ostry ból w kostce oraz wściekły ton mężczyzny wstałam, otrzepałam kolana i założyłam ręce, robiąc minę niewiniątka.
- Nie przyszło ci do głowy, że warto byłoby poinformować mnie o twoich nocnych przygodach, by uniknąć takich nieporozumień? Myślałam, że jesteś intruzem.
Starałam się mówić spokojnie i dawać wrażenie uległej, chociaż w środku byłam rozgrzana do czerwoności, wściekła. Jak można być tak bezmyślnym!
Jason podszedł do mnie miarowym, zdecydowanym krokiem i ujął moje ramię. Ten gest nie należał do przyjacielskich ani pojednawczych. Przez dwa lata zdążyłam się do niego przyzwyczaić, zawsze zwiastował to samo.
Kłopoty.
- Mam dla ciebie zadanie, Alex.
Jego drapieżny uśmiech przyprawiał mnie o ciarki.
~*~
Poranek był chłodny i wietrzny, słońce świeciło nisko nad horyzontem, jeszcze zaspane. Szłam naburmuszona przez coś, co kiedyś musiało być naprawdę przyzwoitym osiedlem mieszkaniowym, lecz teraz przypominało plac zabaw dla olbrzymów; sterty gruzu i wielkich kawałków betonu na wyschniętych trawnikach, zgniecione dachy domów, wielkie dziury w ulicy, wypełnione jakąś czarną mazią. Naprawdę nie chciałam wiedzieć, co to takiego mogło być.
Wiatr swobodnie przemykał pomiędzy dziurami mojej skórzanej kurtki, pod którą ukryłam kilka szeleszczących torebeczek foliowych. Nikt z miejscowych ćpunów nie zwrócił na mnie uwagi. Na szczęście. Naprawdę nie miałam ochoty na niepotrzebne awantury ani na wylądowanie ze scyzorykiem wbitym w brzuch. Jasne, miałam opylić towar, jednak zdecydowanie bardziej wolałam to zrobić po wypełnieniu pierwotnej misji- dowiedzeniu się czegoś o Crying Moon. Nie wiedziałam nawet po co. Gang o takiej nazwie nie mógł być realnym zagrożeniem.
Przynajmniej nie dla mnie.
W końcu namierzyłam mój cel- nieduży domek, pozornie niewyróżniający się z tłumu innych ruin. Jednak na ganku kręciło się dwoje młodych ludzi. Pierwszego z nim rozpoznałam bez problemu, był to Drake, chłopak, do którego lepiej było się nie zbliżać, jeśli nie miało się pod ręką scyzoryka, pistoletu... W sumie czołgu. Drugą osobą była ciemnowłosa dziewczyna.. Domyśliłam się, że to ich nowa śliczna gwiazdeczka, o której wspominał Jason. Ashley Jakaśtam.
Ciemnowłosa była rozbawiona, a może roztrzęsiona, sama nie wiedziałam. Z tej odległości niewiele było widać. Natomiast Drake wyglądał tak, jakby starał się nie rozszarpać dziewczyny gołymi rękami. Nic nowego. Po chwili jednak minął ją i zaniknął w jednej z ciasnych uliczek.
Westchnęłam ciężko. "To będzie długi dzień".
~*~
Po kilku godzinach bezczynnego siedzenia i wypaleniu dwóch paczek papierosów tyłek miałam tak zdrętwiały, że w ogóle go nie czułam. Westchnęłam, rozzłoszczona. "Dlaczego tutaj nic się nie dzieje?!"
Jednak chwilę później z budynku wyszło dwóch mężczyzn. Nie mogłam ich zidentyfikować w panującym półmroku, jednak po dumnej postawie stwierdziłam, że to ważne szychy. Miałam ochotę się zaśmiać. Jacy idioci zostawiali w swojej siedzibie tylko Śliczną Gwiazdeczkę i Obrażonego Na Świat Mopsa? Ba, żeby było zabawniej- nawet nie zwrócili na mnie uwagi, przechodząc niedaleko. Litości. Jason chyba naprawdę chciał mnie ukarać, wysyłając na tak nudną misję.
Wyszłam zza narożnika i naciągnęłam głębiej kaptur. W jednym z okien odbijał się blask świecy, a twarz Drake'a widziałam nawet z tej odległości, chociaż obraz trochę zniekształcały mi firanki. Podeszłam bliżej, gdyż brunet wyraźnie skupił się na postaci, która wypłynęła z wnętrza domu. Chyba rozmawiali, jednak... Moją uwagę przykuła książka leżąca na stoliku do kawy i paczka miętowych papierosów. Skoro stać było ich na takie przysmaki, to musieli być albo nieźle dziani, albo komuś to zwinęli. Tę drugą opcję skreśliłam. Jeśli faktycznie buchnęliby coś ważniejszemu gangowi, byłoby po nich. Spojrzałam na ich kominek- buchał z niego jasny, radosny płomień. Skierowałam wzrok na Ashley, która była w cienkiej bluzce, więc musiało być jej ciepło. Co oznaczało, że naprawdę mieli kasę. Tylko dlaczego bogaty gang miałby mieszkać w takiej ruinie...? I jak uzbieraliby tyle tego wszystkiego, skoro, z wiadomości, które otrzymałam, liczyli sobie niewielu członków...?
Coś mi tu nie grało. Nie w całokształcie tej bandy psów, chociaż owszem, to było niepokojące, ale w tej jednej chwili. Wróciłam wzrokiem do Ashley i nagle mnie olśniło- dziewczyna stała sama, z naburmuszoną miną wpatrując się w ogień. To oznaczało, że Drake...
Coś mocno chwyciło mnie za gardło, totalnie wytrącając z równowagi. W pierwszej chwili, w szoku, próbowałam nabrać powietrza przez posiniałe wargi i drapałam dłonie mojego napastnika. Bezcelowo. Był dwa razy większy i silniejszy. Jednak po kilku przerażających sekundach wiedziałam już, co robić.
Przestałam walczyć.
- Kim jesteś i czego chcesz? - Przycisnął mój policzek do zimnego betonu, jego głos zasyczał tuż przy moim uchu. Lekko rozluźnił uścisk.
Przybrałam opanowaną do perfekcji minę typowego ćpuna i wyszeptałam, jakbym była najbardziej niewinną istotą na świecie;
- Potrzebuję działki.
W myślach przeklinałam swoją nierozwagę.
<Drake? A może Ashley?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz