Gęsta mgła zmieszana z dymem i innymi oparami wisiała nad zniszczonymi budynkami, które wydawały się od tak dawna opuszczone, jednak jeśliby się mocniej przyjrzeć można było zobaczyć nikłe światełka w wybitych oknach oraz sylwetki ludzi przemykających niczym cienie w mroku pokoi. Niektórzy wychylali głowy na zewnątrz, trzymając papieros w ręku i rozglądając się dookoła jakby cały krajobraz widzieli po raz pierwszy w życiu. Obojętnie wychodząc z klatki schodowej i zamiatając przed blokami, które oszczędziła wojna oraz czas, resztę tynku, piachu i kurzu.
To była ta spokojna dzielnica, gdzie ludzie nie patrzyli na ciebie spod oczu, chociaż nie byli tak towarzyscy jak inni. Jedynym ich interesem było spokojne życie w dotychczasowym miejscu, gdzie się wychowali i ukrywali.
Ciemna chmura czarnego dymu ulatniająca się z pobliskiej fabryki szkła, która została zamknięta w ostatnich latach wojny, przykryła niebo. Wkrótce zaczął padać deszcz niszczycielski dla murów, które pod jego wpływem się roztapiały, roślinności, która bywała tu bardzo rzadko i najczęściej usychała z powodu zatrutej wody oraz ludzi, dla których taki deszcz nie był do niczego przydatny.
Minęłam starszego mężczyznę z fajką w ręce i skierowałam się w stronę południowej uliczki, która prowadziła do (wydającego się niewielkim) budynku, który jako jedyny wyróżniał się kolorem ścian oraz mocno neonowymi napisami, które mieniły się wśród ciemności. Jednak na tą chwilę nie był on moim celem. Tuż przed bramą skręciłam w lewo, dokładnie pamiętając gdzie teraz iść by trafić do swojego tymczasowego domu. Zresztą większość czasu spędzałam w garażu, oglądając swój motor oraz rzeczy po poprzednich właścicielach. Wnioskując z rzeczy, które tu zostawili była to szczęśliwa rodzina z dwójką dzieci. Ojciec pracował jako lekarz, matka musiała być albo pielęgniarką, albo również lekarzem, tak czy inaczej jedna branża. Dzieci- dwie córki. Jedna z nich nazywała się Emily i miała z osiem, dziewięć lat. Po starszej nie było dużo rzeczy, ale patrząc na zdjęcia wywnioskowałam, że wyglądała na trzynaście, może dwanaście lat. Nawet nie wiem po co wgłębiałam się w historię tego miejsca, gdzie aktualnie mieszkam, możliwe, że to czysta ciekawość mnie do tego skłoniła. Co się stało z rodziną? Tego nie wiem, bo przecież mogło się zdarzyć cokolwiek. Dotarłszy do domu, zdjęłam przemoczoną kurtkę, rzucając ją obojętnie na blat z narzędziami. W tym samym momencie coś mignęło w lustrze, które wisiało na brudnej od smarów i olei ścianie. Stanęłam nieruchomo, wpatrując się w odbijające szkło. Ktoś potknął się o skrzynkę z narzędziami i już nie miałam wątpliwości, że to kolejny złodziej zwany przeze mnie chodzącym idiotyzmem, bo nawet kraść nie potrafi.
Westchnęłam głęboko, odwracając się i ruszając za chłopakiem. Dobiegłam gdzieś w okolice tzw. Ulicy Szalonej Maryśki. Nazywali tak niewielką ścieżkę, przez którą najłatwiej było dostać najpopularniejszy narkotyk na rynku.
Skoczyłam przez niewielki murek, zastawiając małemu złodziejowi drogę i przystawiając mu nóż do brzucha.
-To jest moje chłopczyku- skierowałam wzrokiem na klucz francuski.
Nie wiem po co mu on był, ale nie interesowało mnie to zbytnio. Choć nie ukrywałam zdziwienia, które przenikało się wzajemnie z rozbawieniem.
Choć niechętnie, chłopiec(bo mężczyzną to go nazwać nie mogę) oddał narzędzie.
-Jeszcze raz się chociażby zbliżysz to zawiśniesz na drzewie w parku. Władze się raczej tym nie przejmą zbytnio- zrobiłam teatralnie niewinną minę.
<Ryan?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz